ARTYKUŁ

pokonacsiebie.com



Co u Michała?





NASZE PODRÓŻE:





























"Play"






Znowu poniedziałek i trzeba iść do pracy.

Nie chce mi się, wezmę urlop na żądanie.

Znasz to uczucie?

Jak często odkładałeś sprawy na później, bo przecież całe życie przed tobą?

Ile razy marudziłeś, że twoje życie nie ma sensu i inni mają lepiej?

Nie narzekaj, że coś cię boli, że nie masz siły, że życie przytłacza.

Jeśli tylko chcesz, to możesz pokonać siebie.

A ja, Michał Ludwiczak, udowodnię Ci, że właśnie tak jest.



3 x B czyli długa droga do domu.

Miałem dwadzieścia jeden lat,

pracę, marzenia, przyjaciół, radość życia.

18 stycznia 2009 znalazłem się
w nieodpowiednim miejscu i czasie jednocześnie.

Tego zimowego poranka wracałem z dyskoteki,
miałem do przejścia niecały kilometr.

Kilkaset metrów od domu potrącił mnie radiowóz policyjny,

pamiętam tylko światła i nic więcej.

Trafiłem nieprzytomny do szpitala w Bełchatowie.

Diagnoza:

Silne stłuczenie pnia mózgu, złamanie kości skroniowej i ciemieniowej po stronie prawej,

złamanie żuchwy oraz kości prawego podudzia.

Przez ponad dwa miesiące najbliżsi i lekarze zastanawiali się czy dożyję kolejnego dnia,

kolejnego wieczora, kolejnej godziny.

Maszyny na OIOM-ie walczyły o moje życie.

Pod koniec marca zostałem przewieziony karetką do Szpitala Uniwersyteckiego w Bydgoszczy.

Miesiąc później zapadła decyzja, by powoli wybudzić mnie ze śpiączki farmakologicznej.

W moich rodzicach rósł niepokój czy będę widział, słyszał, chodził, poznawał ludzi.

Moja pierwsza myśl po przebudzeniu to, że nie zmarnuję reszty życia.

Mój tata wspomina, że chodził koło mnie jak przy trupie, nie ruszałem nawet językiem.

Poświęcił się całkowicie, by móc zająć się mną.

W czerwcu rozpocząłem ciężką batalię o sprawność w szpitalu w Bydgoszczy-Smukale.

Długie tygodnie rehabilitacji i ćwiczeń to odkrywanie kolejnych barier, ale i nadzieja,

że będzie lepiej.

Lekarze i rodzina bardzo mnie wspierali,

miałem dla kogo żyć,

każdego dnia toczyłem nierówną walkę ze swoim ciałem.

Momentów zwątpienia i bezsilności było wiele,

zdarzało się myśleć „dlaczego ja?”.

Jeden z lekarzy powiedział mi, że i tak złożę się jak scyzoryk.

Nie poddałem się.

Po siedmiu miesiącach, 29 sierpnia, z radością wracałem wreszcie do domu.

Na wózku inwalidzkim, z niedowładem prawostronnym i niesprawnymi kończynami.

Kolejna życiowa próba.

Mój pokój pełen wspomnień, rzeczy, które zostawiłem.

Już nie były ważne.

A moi przyjaciele? Gdzie oni wszyscy są?

Psychicznie musiałem ułożyć się na nowo, ale miałem cel.

Kolejne lata to mozolna i ciężka walka o każdy ruch,

o każde słowo, o zjedzenie czegokolwiek, by mieć siłę.

Szprycha Amora

W 2010 roku rozpocząłem rehabilitację w ośrodku w Bielsku-Białej.

Podczas jednego z turnusów w 2013 roku producenci z firmy

Carbonbike

zaprezentowali nam rowery trójkołowe-poziome.

Romanowski Wojtek pokazał mi wtedy jeden z tych rowerów i powiedział,

że na nim spokojnie bym sobie dał radę.

Wsiadłem, spróbowałem, przejechałem kilka metrów i zakochałem się w nim.

Kosztował ok. 15 tysięcy, a ja miałem najniższą rentę inwalidzką.

Jazdy próbne nie wypadły najlepiej, ale wiedziałem,

że to jest właśnie to co pozwoli mi odzyskać radość,

da mi wolność i namiastkę samodzielności.

Dzięki moim najbliższym i zbiórkom podczas różnych akcji,

udało mi się kupić podobny, używany sprzęt.

Pokonać siebie.

Wypadek pokazał mi na kogo mogę liczyć, dla kogo jestem ważny.

Zamarzyła mi się podróż przez Polskę,

a jeden z moich kolegów po prostu ją zorganizował.

Na 30-ste urodziny w prezencie dostałem mapę i plan.

W siedem dni przejechałem z grupą rowerzystów

od Gdańska do Morskiego Oka
tutaj możesz zobaczyć relację!

W różnych warunkach, zmęczony i niezmiernie szczęśliwy

odkrywałem piękno kraju.

Pięć kilometrów przed naszym noclegiem ufundowanym przez Kuszyńską Monikę

w Hotelu Grzegorzewski w Tuszynie zaczęła się straszna ulewa.

Nie mieliśmy się gdzie schować, kręciliśmy dalej.

Deszcz zalał mi okulary, nic nie widziałem.

Kolega jechał obok mnie i nawigował.

Do Morskiego Oka dotarliśmy cali i zdrowi,

a tam czekała nas wielka feta.

Byłem pod wrażeniem organizacji całego przedsięwzięcia.

Nawet TVN nagrał reportaż. Wzruszyłem się, a w środku buzowały emocje.

Pokonałem siebie.

Udowodniłem sobie, że dzięki determinacji,

pomimo przeciwności losu można osiągnąć wszystko,

nie ma rzeczy niemożliwych.

...Jadymy, hej!...

Nad Morskim Okiem postanowiliśmy, że to będzie dopiero początek naszych wojaży.

W kolejnym roku przejechałem z Kamieńska do Pragi,

a w 2019 z Bielska – Białej do Rzymu.

W 14 dni pokonaliśmy ponad 1600 km



Pandemia zablokowała moje kolejne plany, ale nie przeszkodziła pojechać w Bieszczady.

Dzięki uporowi i ogromnej pomocy ekipy stanąłem na szczycie Tarnicy.

Na rowerze chcę przejechać cały świat.

W tym roku realizuję następny etap,

z Rzymu do Lizbony.

Po wypadku stwierdzono u mnie czterokończynowy niedowład ciała,

problemy z mówieniem i utrzymaniem równowagi.

Na szczęście dzięki mozolnej rehabilitacji niedowłady ustępują.

Pomimo wypadkowi mam ciągle banana na twarzy, nie potrafię być smutny.

Bo życie jest takie piękne.


Miało mnie nie być, a jestem.

Miałem się złożyć jak scyzoryk,

a mogę stać, nawet chodzić.

Niektórzy pomyślą, że niepełnosprawność to koniec życia,

a ja wiem, że dopiero teraz czuję,

że żyję.

Posłuchałem głosu swojego serca, a nie opinii lekarzy.

Jestem silny, jestem szczęśliwy.

Silniejszy od diagnozy.


Czy niepełnosprawny może biegać?

Tak!

W 2020 roku o własnych siłach, bez podtrzymywania, na własnych nogach
„przebiegłem”
ponad kilometr podczas akcji Wings For Life.


Czy niepełnosprawny może robić pompki?

Tak!

Wziąłem udział w akcji #25pompekw25dni.


Czy niepełnosprawny może cieszyć się życiem?

Tak!

Po wypadku dawali mi 5% szans, że dożyję wieczora.
Dwanaście lat później żyję na 105%!

pokonacsiebie.com